Powiadomienie pojawiło się w błysku światła na ekranie mojego telefonu, na tyle jasnym, że pozwoliło mi oderwać wzrok od cichego poranka, który z troską budowałam.
Słońce wlewało się przez kuchenne okna i osiadało ciepłymi prostokątami na drewnianych podłogach, zamieniając ich słoje w małe strumienie miodu i bursztynu. W powietrzu unosił się zapach świeżej kawy i delikatnej cytryny, wydobywającej się z gąbki, którą przecierałam blat. W dłoniach trzymałam mój ulubiony kubek, ciężki i znajomy, z ceramiką wytartą wokół ucha, na którym zawsze spoczywał mój kciuk.
Robert dał mi go z okazji naszej dwudziestej rocznicy ślubu.
Miał mały odprysk na rancie, którego nie chciałem naprawiać. Podobało mi się, że nie był idealny. Podobało mi się, że z nami mieszkał.

Już się uśmiechałam, bo mój telefon ostatnio rzadko rozświetlał się z powodu czegokolwiek innego niż to, co ważne. Zdjęcie brakującego zęba Charliego. Twarz Mii umazana sosem spaghetti. Pytanie o niedzielny obiad. Coś małego i słodkiego. Coś, co sprawiłoby, że cichy dom wydawałby się mniej cichy.
Wytarłem dłonie o dżinsy, podniosłem telefon i spojrzałem w dół.
Uśmiech zniknął, jakby został wymazany.